Czym w istocie była reformacja, zapoczątkowana przez Marcina Lutra, a kontynuowana przez tysiące znanych i anonimowych głosicieli Słowa Bożego?

Jest prawdą stwierdzenie, że była odkryciem na nowo Słowa Bożego i podstawowego przesłania Ewangelii, które mówi, że tylko ofiara Chrystusa jest w stanie zakryć nasze grzechy, że ofiara ta jest ona wystarczająca i nic do niej dodawać nie można bez uszczerbku dla chwały Boga.

Jest prawdą, że była oczyszczeniem wiary z tego, co zakryło ją przez wieki stopniowego odchodzenia ziemskiego Kościoła od krystalicznej czystości i prawdziwości Bożego Słowa, od synkretyzmu religijnego, kompromisów z zastałą kulturą, z pogańską filozofią i materialnymi pokusami władzy i bogactwa.

Jest prawdą, że była próbą powrotu do prostoty i bezkompromisowości nowotestamentowego kościoła, który kontrastował z polityczną i finansową potęgą kościoła rzymskiego, dla którego takie pojęcia jak zbawienie, usprawiedliwienie, grzech, pokuta, niebo i piekło były, w istocie rzeczy, narzędziami do sprawowania kontroli nad masami i utrzymywania ich w posłuchu.

Pomijając jednak te wszystkie oczywistości trzeba powiedzieć jasno – reformacja była, po ludzku, skazana na klęskę, ponieważ podważała, wypracowany przez wieki, absolutny monopol hierarchii rzymskokatolickiej na zbawienie, oparte o sakramenty, których jedynymi szafarzami mieli być wyświęceni kapłani, budujący w ten sposób finansową i polityczną potęgę swojej organizacji. Kompromis i wspólne odkrywanie Słowa były niemożliwe bez wyrzeczenia się przez hierarchię tego monopolu, który istnieje po dziś dzień w kościele rzymskim i gwarantuje mu ciągle uprzywilejowaną pozycję finansową i polityczną.

Nie oznacza to, że pomiędzy edyktem mediolańskim, a ogłoszeniem 95 tez istniała otchłań. Tak jak upadek kościoła i odchodzenie od prawd wiary zawartych w Słowie Bożym było powolne i trudne do uchwycenia dla jednego pokolenia, tak samo powrót do Słowa było dziełem rzeszy znanych i anonimowych wierzących, którym przyszło żyć w tym okresie. Część z nich, jak lollardzi, waldensi czy husyci, stali się banitami, wykluczonymi z ówczesnej cywilizacji. Część, jak ikonoklaści, ruch, któremu przewodził Klaudiusz z Turynu czy zwolennicy devotio moderna, podejmowała próby reformy kościoła od środka. Niezależnie jednak od tego, jaką drogę wybrali stanowią oni ogniwo łączące kościół starożytny z reformacją.

Jest jeszcze jedna sprawa, często pomijana przy okazji mówienia o reformacji, a jakże aktualna w dzisiejszych czasach. Kwestią tą jest fundamentalny spór, toczony między reformacją, a humanizmem, innym prądem rozkwitającym w owym czasie, zwłaszcza w kręgach intelektualnych elit, który, w istocie rzeczy, był zakamuflowanym powrotem do starożytnych, pogańskich systemów filozoficznych. Spór ten jest tak zasadniczy, że wręcz momentami przyćmiewa spór konfesyjny, między zdezorientowanym i pogrążonym w chaosie intelektualnym katolicyzmem, a rodzącym się protestantyzmem.

Spór ten dotyczy tego, jaki jest człowiek. Czy jest on, jak chcieli i chcą humaniści, miarą wszechrzeczy i centralnym punktem odniesienia, białą, czystą, niezapisaną kartą, czy też jest, jak podaje słowo Boże, prochem i pyłem, marnością ulotną niczym poranna rosa, trupem, toczonym w każdym aspekcie swojego istnienia przez robaka deprawacji, umarłym, którego tylko Bóg w swoim suwerennym dekrecie, może ożywić, usprawiedliwić i uświęcić.

Oto istota sporu – antropocentryzm kontra teocentryzm. W sporze tym ci, którzy do Słowa Bożego dodają własne nauki, miotani są pomiędzy tymi dwoma stanowiskami, ostatecznie nie dochodząc do prawdy. Tak właśnie stało się z kościołem rzymskim, tak dzieje się z wieloma wspólnotami, które swój rodowód wywodzą z reformacji. Najczystszy i najwierniejszy nawet zbór może stać się synagogą szatana.

Niech to będzie dla nas nauką w 501 rocznicę wystąpienia Marcina Lutra.

Niech będzie to obiektem szczególnej troski o nasze zbory. Niech kościół reformowany stale się reformuje, sprawdza i kontroluje w oparciu o niezmienne Boże Słowo.

Szymon Karwowski

Print Friendly, PDF & Email