Prolog

18 listopada minie 40 lat od tragicznych wydarzeń z Jamestown w Gujanie, gdzie ponad 900 członków sekty Świątynia Ludu popełniła samobójstwo przez wypicie uprzednio przygotowanej trucizny, mordując wcześniej część amerykańskiej delegacji z kongresmenem Ryanem na czele. W niniejszym artykule postaram się opisać co doprowadziło do tych wydarzeń, jak do się stało, że setki dorosłych ludzi dało się omamić przywódcy sekty i jaki to ma związek ze współczesnym chrześcijaństwem.


Towarzysz „wielebny” Jones.

Aby zrozumieć sekwencję wydarzeń, która doprowadziła do tragedii z 1978 roku należy bliżej przyjrzeć się przywódcy Świątyni Ludu, „wielebnemu” Jonesowi. Jim Warren Jones urodził się 13 maja 1931 roku w Crete, w stanie Indiana. W przeciwieństwie do ojca, który był uzależnionym od alkoholu członkiem Ku Klux Klanu, młody Jim od młodości deklarował prokomunistyczne poglądy, studiując pisma Marksa, Lenina, Stalina, Mao i Ghandiego. Na początku lat 50 Jones zaczął regularnie uczęszczać na zebrania Komunistycznej Partii USA, zagrożonej wówczas delegalizacją, do której chciała doprowadzić komisja sławnego antykomunistycznego senatora Josepha MacCarthyego. Niejako równolegle Jones zainteresował się działalnością kościołów, w których widział duży potencjał dla propagowania swoich poglądów. Sam Jones po latach, w przypływie szczerości w trakcie prywatnej rozmowy miał wyrazić to następująco:

„Zdecydowałem jak mogę zademonstrować mój marksizm. Pomysł był następujący – zinfiltrować kościół. (…) Człowiek, z którym miałem bardzo podobne poglądy, a który był administratorem kościoła zachęcił mnie do myślenia o byciu pastorem. I tak zrobiłem (śmiech). Bardzo szybko! Miałem swoje religijne dziedzictwo w ruchu zielonoświątkowym, w głęboko zakorzenionych emocjach w ramach tradycji chrześcijańskiej.”źródło)

Początkowo Jones próbował zaistnieć, jako pastor w ramach Kościoła Metodystycznego, jednak szybko porzucił tę denominację z powodu niechęci członków jego lokalnego zboru do szerszego zaangażowania się w kwestie społeczne i polityczne, zwłaszcza w działania na rzecz ludności czarnoskórej. Pod wpływem obserwacji różnych nurtów wyznaniowych ostatecznie zdecydował się zaangażować w radykalny ruch charyzmatyczny, gdyż, jak sam stwierdził, tylko on daje pełną wolność uczuć.

W 1956 roku Jonesowi i grupce jego zwolenników udało się zorganizować w Indianapolis dużą konwencję religijną, na której, obok Jonesa, występował między innymi Wiliam Branham i Oral Roberts. Sukces wydarzenia sprawił, że Jones był już w stanie zainicjować własny ruch pod nazwą Peoples Temple Christian Church Full Gospel.
.


Prorok, uzdrowiciel, celebryta.

2 Piotra 2:1-3 2 Byli też fałszywi prorocy wśród ludu, jak i wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy potajemnie wprowadzą herezje zatracenia, wypierając się Pana, który ich odkupił, i sprowadzą na siebie rychłą zgubę. 2 Wielu zaś podąży za ich drogą rozwiązłości, a droga prawdy z ich powodu będzie bluźniona. I z chciwości będą wami kupczyć przez zmyślone opowieści. Ich sąd od dawna nie zwleka, a ich zatracenie nie śpi.

Od samego początku Jones przyjął strategię, w ramach której łączył on zielonoświątkowy emocjonalizm i otwartość na pozabiblijne doświadczenia z tzw. progresywnym chrześcijaństwem i „ewangelią społeczną”. W sposób szczególny zaangażował się w działania na rzecz poprawy sytuacji ludności czarnoskórej, która w latach 60 i 70 ciągle jeszcze zmagała się z rasistowskimi atakami ze strony białych supremacjonistów. Jak się wydaje zaangażowanie na rzecz czarnoskórych miało jeszcze inne przyczyny. Po pierwsze Jones, jako marksista, wierzył, że w realiach amerykańskich to właśnie czarni będą stanowić podstawę nowego proletariatu, który rozniesie dotychczasowy porządek społeczny. Po drugie Jones, jako religijny lider, bezbłędnie rozpoznał, że ludność czarnoskóra, z racji przechowywania afrykańskich tradycji religijnych, będzie szczególnie podatna na emocjonalną manipulację, którą Jones opanował do mistrzostwa.

W 1959 roku Jones formalnie przyłączył się ze swoim ruchem do uświęceniowej denominacji Kościół Chrześcijański Uczniowie Chrystusa, która ordynowała go na swojego pastora. Do początku lat 60 Świątynia Ludu liczyła kilkuset członków. Ponadto, dzięki dotacjom publicznym dla kościołów realizujących programy społeczne, ruch Jonesa zorganizował sierocińce, domy spokojnej starości i regularnie wydawał 1500 posiłków tygodniowo dla bezdomnych i ubogich, co jeszcze bardziej uwiarygadniało jego działalność.

Na początku lat 60 Jones odbył podróż do Ameryki Południowej, w ramach której odwiedził Brazylię i Gujanę. Było to związane z proroctwem, jakie wygłosił w 1961 roku w Chicago, w którym twierdził, że w 1967 roku  dojdzie do wojny jądrowej, w ramach której największe miasta Ameryki ulegną zagładzie, a jego zadaniem jest wyprowadzenie ludu bożego z zagłady na wzór Mojżesza. Ponieważ jednak ani rząd Brazylii ani Gujany nie był wówczas zainteresowany udostępnieniem gruntów dla sekty, Jones w 1963 roku przedstawił proroctwo uzupełniające, w którym ogłosił, że regionem, które uniknie zagłady będzie Reedwood Walley w Kalifornii i tam właśnie, wraz ze 140 członkami swojej organizacji, którzy uprzednio sprzedali swoje mienie oddając pieniądze na rzecz Świątyni Ludu, przeniósł się w 1965 roku. W Kalifornii Jones kontynuuje swoje eklektyczne nauczanie tzw. socjalizmu apostolskiego, który głosi powszechną równość i wspólnotę dóbr na wzór wspólnot opisanych w Dziejach Apostolskich. Jednocześnie kontynuuje on „służbę proroctwa i uzdrawiania”, dzięki czemu przyciąga coraz to nowych ludzi, zafascynowanych „specjalnym namaszczeniem”, jakie ma się manifestować na zebraniach Świątyni Ludu. W trakcie jednego z „nabożeństw” Jones, na oczach wszystkich zebranych, „uzdrawia” kobietę przykutą do wózka inwalidzkiego. Entuzjazm obecnych sięga zenitu podobnie jak zaufanie, jakie pokładają oni w swojego lidera.

Po latach na się okazać, że kobieta na wózku inwalidzkim była opłacona, nigdy nie miała kłopotów z chodzeniem, zaś Jones odegrał wraz z nią mistrzowski spektakl.

Tak urabiani, przy pomocy „znaków i cudów”, członkowie sekty po pewnym czasie byli już gotowi do bezwarunkowego posłuszeństwa swojemu wodzowi i do oficjalnego odrzucenia Słowa Bożego. Zanim jednak to formalnie nastąpi Jones tworzy struktury swojej organizacji w największych miastach Kalifornii – w San Fransisco i Los Angeles. Taka strategia okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Do połowy lat 70 Świątynia Ludu liczy już kilka do kilkunastu tysięcy członków, głównie w Kalifornii, choć ekspozytury ruchu powstają w większości największych ośrodków USA. Dzięki tysiącom nowych członków Jonesa stać na prowadzenie swojej działalności z jeszcze większym rozmachem. Powstają nowe ośrodki dla osób starszych, jadłodajnie, Jones zakupuje kilkadziesiąt nowych autobusów by wyruszyć po kraju z kampanią „ewangelizacyjną”.

W tym okresie pojawiają się pierwsze poważne rysy na wizerunku Jonesa i Świątyni Ludu. Byli członkowie zaczynają opowiadać o seksualnych nadużyciach Jonesa,

  • który miał wykorzystywać zarówno kobiety jak i mężczyzn,
  • o korzystaniu z narkotyków,
  • o malwersacjach finansowych.

Wiadomości te nie przebijają się jeszcze do opinii publicznej, gdyż nad Jonesem parasol ochronny rozciągają lewicowo-liberalne media i politycy oraz czołowi przedstawiciele tzw. progresywnego chrześcijaństwa. Niezależnie od tego działalność Jonesa zaczyna intensywnie monitorować FBI, które wysyła swoich agentów na zebrania Świątyni Ludu. W trakcie jednego z nich, w 1974 roku, Jones rozpoczyna swój wywód od powtórzenia swojej krytyki Biblii Króla Jakuba, która, jego zdaniem, jest odpowiedzialna za rasizm i mizoginizm, Biblię jako taką nazywa papierowym fetyszem, a w kulminacyjnym punkcie swojego wystąpienia stwierdza, że Pismo Święte nie jest już Słowem Bożym, że przedstawia ona obraz Boga nieprzystający do obecnej epoki i hamuje w ludziach proces odkrywania Boga w sobie. W pewnym momencie Jones wziął Biblię do ręki i rzucił ją na podłogę, po czym stwierdził, że ludzie, zamiast wierzyć w mity, powinni uwierzyć w niego, gdyż to on ma moc, której może użyczyć każdemu, kto w niego uwierzy.  Po latach, we wspomnieniach byłych członków Świątyni Ludu miało się okazać, że ten moment i odgłos upadającej na podłogę Biblii zapamiętali bardzo wyraźnie zarówno ci, którzy wówczas Jonesa opuścili, jak i ci, którzy z nim pozostali.

Co ciekawe, oficjalne odrzucenie Biblii zbiegło się ze szczytem popularności Jonesa i Świątyni Ludu. Bez przesady można stwierdzić, że był on w połowie lat 70 jednym z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych przywódców religijnych w Stanach Zjednoczonych. O jego poparcie zabiegali między innymi burmistrz San Fransisco James Moscowe, kandydat na wiceprezydenta, lewicowy demokrata Walter Mondale a nawet sama Rosaline Carter, żona prezydenta Cartera. Jones od 1975 roku pełnił również bardzo intratną posadę przewodniczącego komisji mieszkaniowej miasta San Fransisco. Jones i jego ludzie aktywnie uczestniczyli we wszystkich akcjach społecznych w Kalifornii,

  • od walki o równouprawnienie czarnoskórej ludności,
  • po sprzeciw wobec wojny w Wietnamie,
  • walkę o przywileje legislacyjne dla homoseksualistów
  • i krytykę tradycyjnego ładu społecznego.

W ramach tych akcji wielebny Jones występował ramię w ramię m.in. z Cecilem Wiliamsem, jednym z czołowych przywódców United Methodist Church, który do dziś propaguje skrajnie liberalną i lewicową wizję chrześcijaństwa.
.


Upadek

We wrześniu 1977 roku Jim Jones, podczas uroczystej gali z udziałem czołowych lewicowo-liberalnych działaczy politycznych i religijnych Kalifornii, otrzymał Nagrodę Humanitarną im. Martina Luthera Kinga. Gubernator Kalifornii, zwracając się do Jonesa stwierdził, że jest on ucieleśnieniem połączenia najlepszych cech pastora Kinga, Alberta Einsteina i przewodniczącego Mao. Znany z walki na rzecz uprzywilejowania homoseksualistów, radny Harvey Milk powiedział z kolei, że działalność Jonesa jest dla niego wielką inspiracją i paliwem do dalszych działań. Wydarzenie to było szczytem popularności i wpływów Jonesa, nad którego wizerunkiem powoli zbierały się czarne chmury.

Byłym członkom sekty i rodzinom poszkodowanych przez Jonesa udało się dotrzeć do cenionego dziennikarza śledczego, Marshalla Kilduffa, który, po zgromadzeniu materiału, przeforsował, pomimo oporu przełożonych, artykuł na temat nadużyć seksualnych i finansowych Jonesa. Jones, pomimo posiadania wielu wpływowych przyjaciół spanikował i w ciągu kilku dni wyczarterowanymi samolotami, przeniósł się wraz z kilkusetosobową grupą swoich zwolenników do Gujany, gdzie od pierwszej połowy lat 70 prowadził tzw. Projekt Rolniczy Świątyni Ludu.

Położone w dżungli Jonestown, bo tak nazwano osadę wraz z przyległymi polami uprawnymi, stało się ostatnim przystankiem Jonesa i jego najwierniejszych zwolenników. Ucieczka „wielebnego” uniemożliwiła jego politycznym patronom skuteczną obronę, choć Milk, pomimo kolejnych artykułów i zeznań świadków, uparcie twierdził, że Jones jest najbardziej krystalicznie czystą postacią, jaką poznał.

Jones, wykorzystując odizolowanie od świata osady, zaczął wmawiać swoim poddanym, że Stany Zjednoczone pogrążają się w zamieszkach na tle rasowym, że coraz większe wpływy zdobywają tam rasiści i militaryści, którzy planują inwazję na Gujanę w celu zniszczenia Jonestown. Rozpoczęto organizowanie tzw. „białych nocy” w ramach których Jones ordynował podawanie do picia członkom sekty lemoniady, która miała zawierać dawkę cyjanku potasu. Jones w ten sposób sprawdzał lojalność swoich współtowarzyszy oraz oswajał ich z ideą samobójstwa w celu uniknięcia tortur ze strony armii amerykańskiej i CIA.

W 1978 roku grupa rodzin członków sekty przekonała znanego kongresmana Partii Demokratycznej, Leo Ryana by podjął się misji odwiedzenia Jonestown i sprowadzenia do Stanów tych spośród członków sekty, którzy mieli tam przebywać wbrew swojej woli. 14 listopada 1978 roku kongresmen Ryan, w towarzystwie kilku współpracowników, dziennikarzy i ekipy telewizyjnej NBC przybył do stolicy Gujany, Georgetown, skąd 17 listopada udał się małym samolotem na małe lotnisko Port Kaituma, skąd całą delegacja udała się do osady. Jones postarał się aby przyjęcie kongresmana i osób towarzyszących wypadło bez najmniejszego zarzutu. Do Ryana i dziennikarzy dotarło jednak kilkanaście osób, które poinformowały go, że chcą opuścić Jonestown jak najszybciej gdyż zarówno im jak i kongresmenowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Ryan miał im wówczas odpowiedzieć, że każdy, kto chce wyjechać jest pod specjalną ochroną Kongresu Stanów Zjednoczonych. Poranek następnego dnia przyniósł napiętą atmosferę. Jones był zszokowany, że znalazły się osoby, które chciały opuścić komunę. Początkowo przed kamerami zachował zimną krew, jednak później zażądał aby delegacja i „zdrajcy” natychmiast opuścili Jonestown. Przed odjazdem Ryan został zaatakowany przez jednego ze zwolenników Jonesa nożem, jednak udało mu się uniknąć obrażeń. W ślad za wyjeżdzającymi Jones posłał uzbrojoną grupę, która otworzyła ogień do ludzi wsiadających do samolotu w Port Kaituma. Kongresmen Ryan i kilka innych osób poniosło śmierć zaś pozostałe zostały ranione. Jednocześnie Jones ogłosił ostatnią „białą noc”. W centralnym pawilonie odbyło się zebranie członków w trakcie którego Jones ogłosił, że kongresmen został zabity i że na pewno rząd amerykański wykorzysta ten fakt, jako pretekst by wojskowo zlikwidować osadę i wymordować jej mieszkańców. Pomimo oporu kilku osób, pod nadzorem uzbrojonych strażników, członkowie sekty zażyli truciznę rozpuszczoną w oranżadzie oraz podali ją swoim dzieciom. Przebieg tych dramatycznych wydarzeń został częściowo utrwalony na taśmie magnetofonowej. W ostatnich słowach, pośród krzyków kobiet i płaczu dzieci Jones ogłosił, że to, co robią nie jest samobójstwem, ale aktem rewolucyjnym i protestem przeciwko nieludzkim warunkom panującym na świecie. Następnego dnia do osady przybyły oddziały armii Gujany, które uratowały kilkanaście osób, jakie w ogólnym zamieszaniu uciekły z osady i schroniły się w dżungli.

Na koniec warto odnotować, że przebieg ostatnich wydarzeń w Jonestown, pomimo zeznań ocalałych świadków i nagrań na taśmach magnetofonowych, nie jest do końca jasny. Sam Jones, w przeciwieństwie do wszystkich innych, został zastrzelony, zaś sejf w jego biurze, w którym miało być od kilku do kilkunastu milionów dolarów, odnaleziono pusty, a na kilka tygodni przed tymi wydarzeniami Jones miał kontaktować się z rezydentem Służby Wywiadu Zagranicznego ZSRR i oferować znaczne sumy pieniędzy za możliwość ewakuacji sekty do Związku Radzieckiego.
.


Epilog

Jakie wnioski z tej dramatycznej historii powinni wyciągnąć chrześcijanie w XXI wieku? Czy z historii Świątyni Ludu i jej twórcy możemy się czegoś nauczyć? Myślę, że każdy, kto zapoznał się z materiałem może sam odpowiedzieć sobie na te pytania, ja zaś chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na kilka rzeczy.

Po pierwsze Jones posługiwał się narzędziami stworzonymi przez ruch charyzmatyczny. Znaki i cuda dokonywane przez charyzmatycznego lidera upewniały członków jego grupy, że jest on człowiekiem szczególnie namaszczonym. Obdarzony takim autorytetem Jones mógł stopniowo odrzucać nauczanie Pisma Świętego, jakim początkowo posługiwał się w swoich wystąpieniach, by finalnie odrzucić (w dosłownym sensie tego słowa) Biblię i uznać się, że teraz jest nowe, lepsze objawienie. Tu należy wtrącić zastrzeżenie: Jim Jones miał na tyle odwagi, aby ukoronować swoje formalne zerwanie z chrześcijaństwem rzuceniem Biblii na podłogę i ogłoszeniem, że jest to przestarzała książka, która nie przystaje do współczesności. Pytania:

  • Ilu współczesnych „liderów” odrzuca Biblię nie w sposób widowiskowy, jednego dnia, ale stopniowo, zgodnie z zasadą powolnego gotowania żaby?
    .
  • Dla ilu Pismo Święte jest już tylko gadżetem, zbiorem aforyzmów, z którego można wyciągać pasujące im cytaty. Ilu charyzmatycznych liderów i samozwańczych apostołów używa religijnej frazeologii dla gromadzenia bogactwa i kumulowania w swoich rękach władzy nad ludźmi?

Po drugie z powyższymi stwierdzeniami koresponduje kolejna uwaga, to jest progresywizm i liberalizm. Jones przyciągał potencjalnych członków Świątyni Ludu na dwa sposoby.

  • Tych, którzy szukali pocieszenia i ukojenia nie w Bożych obietnicach, lecz w znakach i cudach, przyciągał spektakularnymi uzdrowieniami (jak się po latach okazało część z nich była sfingowana) i proroctwami.
    .
  • Tych, którzy szukali łatwego życia i pogodzenia swoich wyobrażeń o chrześcijaństwie z trendami kulturowymi zachodzącymi w świecie, przyciągał eklektycznym nauczaniem i liberalizmem obyczajowym.

Jest wielce prawdopodobne, że gdyby Jim Jones nie spanikował po ukazaniu się krytycznego artykułu na jego temat i udałoby mu się odwrócić uwagę opinii publicznej od tych oskarżeń, do dziś byłby cenionym religijnym celebrytą i autorytetem liberalnego świata, tak jak jego towarzysz Cecil Wiliams.

Jones i jego ludzie (o czym się nie mówi) byli awangardą tak zwanego postępu i propagowania wszelkich nowinek obyczajowych, takich jak prawne przywileje dla mniejszości seksualnych czy lewicowej wizji równouprawnienia kobiet. To wszystko podlane było retoryką wszechogarniającej i bezwarunkowej miłości, jaką rzekomo Chrystus ofiarował wszystkim bez żadnych warunków wstępnych. Jim Jones głosił, że wiara musi iść z duchem czasu i odrzucać to, co przestarzałe i nieaktualne. Dziś w wielu nurtach chrześcijańskich także powtarza się tezy o nadążaniu za światem i potrzebie zmiany nauczania.

  • Całkowita akceptacja i promocja homoseksualizmu w wielu kościołach protestanckich wiąże się właśnie z taką postawą.
    .
  • Akceptacja odrzucenia Biblii jako całkowicie wystarczalnego autorytetu, podważanie doskonałości Słowa Bożego, wydarzeń i cudów opisanych na jego kartach,
    .
  • Dopuszczenie w kościele do rozwodów z powodów innych niż dopuszczone w Biblii,
    .
  • Dopuszczenie do nauczania kobiet,

To wszystko możemy uznać za tzw. progresywizm, który nieuchronnie prowadzi do upadku kościoła. Dziś w tym duchu wypowiada się m.in. zwierzchnik Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce, którego poglądy można krótko podsumować następująco:

„Kościół w Polsce będzie coraz bardziej odpowiadał współczesności… Zmieni się jednak oblicze Kościoła Jezusa Chrystusa. Będzie to Kościół, którego forma i sposób usługiwania przypominać będzie cywilizację, w której żyjemy. Im szybciej przestawimy się na nowe, tym mniej boleśnie te zmiany przeżyjemy.”Marek Kamiński, ”Budowanie kościoła dla młodego pokolenia”, źródło

To przesłanie realizował już w latach 70 Jim Jones stosując profesjonalne metody pozyskiwania zwolenników, m.in. przez nowoczesną muzykę i kreowanie swojego wizerunku w oparciu o najnowsze trendy świeckiej mody.

Jim Jones podejmując swoją posługę nie był przez nikogo kontrolowany. To, co charakterystyczne dla chrześcijaństwa, a więc pluralizm równych sobie starszych/prezbiterów, zarządzających lokalnym kościołem, a którzy dzielą między sobą rozmaite służby niezbędne dla funkcjonowania danej społeczności, wszystko to było wspólnocie Jonesa całkowicie obce. Świątynia Ludu od samego początku opierała się tylko i wyłącznie na nieomylnym autorytecie swojego przywódcy. Czy jednak współcześnie nie mamy do czynienia z powielaniem tego modelu? Amerykanizacja kultury doprowadziła do obniżenia znaczenia wszelkich wspólnot i kolektywów na rzecz jednostek. Proces ten dotyka w coraz większym stopniu również kościoły chrześcijańskie. Coraz mniej jest w nich sług, coraz częściej pojawia się w nich niebiblijne słowo lider (z niem. fuhrer), który przewodzi innym. We wspólnotach charyzmatycznych dochodzi do tego jeszcze patologia tzw. „szczególnego namaszczenia” i „apostolstwa”.

Prawdopodobnie nie byłoby Świątyni Ludu, gdyby nie nieewangeliczne praktyki i tradycje w tradycyjnych kościołach amerykańskich. Skostnienie, puste nauczanie i brak szczerej miłości braterskiej z jednej strony, a z drugiej ciągle obecny rasizm i podziały klasowe w obrębie tradycyjnych kongregacji doprowadziły wielu ludzi do rozgoryczenia i poszukiwania bardziej autentycznej formy wspólnoty. Na takich ludzi polowały i polują sekty i wszelkiego rodzaju ruchy religijne opierające się na emocjach i psychomanipulacji. Z drugiej strony ze strony kościołów, które wolne były od tego rodzaju ułomności i stały niewzruszenie na prawdzie Pisma Świętego nie było wyraźnego potępienia Jonesa i jego praktyk. Być może wymienienie nazwy organizacji i nazwiska zwodziciela mogło uratować czyjeś życie.

Jim Jones doprowadził siebie i swoich zwolenników do zbrodni. Jak wielu współczesnych charyzmatycznych liderów prowadzi swoich zwolenników do ostatecznej śmierci duchowej? Nie zabiorą oni swoich wspólnot do dżungli i nie doprowadzą do masowego samobójstwa. Będą latami zwodzić, wyłudzać pieniądze by żyć w luksusie. Zrobią wszystko by tylko nie stracić ciepłej posady i wizerunku nowoczesnego „lidera”, który jest ceniony przez świat zewnętrzny.

Mat. 10:28 Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz nie mogą zabić duszy. Bójcie się raczej tego, który może i duszę, i ciało zatracić w piekielnym ogniu.

Szymon Karwowski

Bibliografia:

  1. Chidester, David,. Salvation and Suicide: Jim Jones, the People’s Temple and Jonestown w. Religion in North America
  2. Frankowiak Joanna Katarzyna, Metody i techniki manipulacji stosowane przez grupy destrukcyjne na przykładzie sekty „Świątynia Ludu“, „Kultura i Edukacja“, 2009, nr 3.
  3. Mather George, Nichols Larry, Schmidt Alvin, Słownik sekt, nowych ruchów religijnych i okultyzmu, Warszawa 2007.
  4. (film) Nelson Samuel, Jonestown: The Life and Death of Peoples Tempie, Pod. Stanley Nelson/ Firelight Media, USA 2006,86 min.
  5. jonestown.sdsu.edu

Fragment „nabożeństwa” Świątyni Ludu z czasów jej świetności:

Print Friendly, PDF & Email